Comma Translation

Project part-funded by the European Union

T jak Towarzystwo

by Paul McQuire. Translated by Jamesa Malcolma

Andy nie wygląda dziś dobrze, jest koloru niedorobionego ciasta. Godzinę temu dał mi do ręki polaroida.

„Chryste, patrz na to” było to zdjęcie jego stopy, „Moja skóra gnije. Michael, to tak jakby ktoś mnie wymazywał.” Była czarna i spuchnięta , miała ślady po czymś, co kiedyś można było nazwać paznokciami. Andy zżerany był od dołu. Lekarz powiedział, że ilość jego limfocytów T spadła poniżej pięćdziesięciu, moich doliczono trzysta czterdzieści.

Dzisiaj są jego urodziny. Chciałbym mu zapakować choćby pięćdziesiąt moich, owiązać je dużą różową wstążką, dać mu jako prezent.

Czekam żeby powiedzieć Andy’emu o jednym źródle wychodzącym ze ściany na cmentarzu Saint Jamesa. Czytałem o tym w internecie. Podobno ma zbawienną moc. Któryś z naszych przyjaciół dodaje tamtą wodę do whiskey; twierdzi że dzięki temu czuje się znacznie lepiej.

„Musisz być twardy. Ten cały HIV wie kiedy wygrywa.”
„Michael, ja już nie mam siły być twardym”

Pier Head pachnie dzisiaj niezwykle słono; gęsty, zimny wiatr wieje od strony Mersey. Andy siedzi na ławce obok mnie, cały poskręcany. Wygląda jak para pończoch w pralce.

Na prawo od nas jest facet, jego czerwony mundur wygląda przerażająco żywo na tle chłodnego popołudniowego słońca. Kieruje ruchem na drodze (nieoficjalnie). Tutejsi mówią na niego sierżant Pepper. Policja stara się go usunąć, samochody jeżdżą po chodniku i trawnikach

Przed nami promy pomykają po gęstej zielonej zupie, na którą mówimy Mersey. Brudne mewy, w szarych sweterkach pikują w dół, są głodne.

„Kiedy w końcu umrę, chcę żeby moje prochy zostały tu wysypane. Zrobisz to dla mnie Mikey? To będzie mój prezent.” Milczę. Wiem, że z nim nie wygram. Ma trzydzieści osiem lat, wygląda jak kupa gówna i wszyscy wiemy, że to się skończy płaczem. W każdym razie niedługo.

„Mikey, powiedz, że to zrobisz.”

„Kiedy umrzesz, coś takiego jak prom będzie przeżytkiem. Będę musiał wypożyczyć łódź i będzie to drogie jak diabli. Poza tym, te wszystkie zasady bezpieczeństwa.” Andy robi minę i się odwraca, woli patrzeć na coś innego. „Oczywiście że to zrobię Andy… Co tylko zechcesz.” Zapewniam go. Dotykam jego kościstych nóg. Wydaje się zimniejszy niż powietrze dookoła. Drobny zarost wygląda zbyt ciemno na jego skórze.

„Jest kurewsko zimno Mikey. Możemy stąd iść?” Ściska czule plastykowy kubek.

Nasz kumpel Billy podjeżdża swoim Fordem T rocznik dwudziesty drugi. Ma nas zabrać do tego całego źródła. Normalnie podwozi nowożeńców, ale był mi winny przysługę i to jest mój prezent dla Andy’ego. Billy ubrany w smoking, otwiera drzwi i czeka na nas jakbyśmy byli kimś ważnym. Wszyscy patrzą i próbują ogarnąć co się dzieje.

Andy odpadł. Śpi z otwartą buzią, strumyczek śliny wycieka mu kącikiem ust, farbuje moją chusteczkę na różowo…

„No chodź Andy.” Boje się, że połamię go, jeśli nim potrząsnę. „Billy już jest.” Budzi się, zdezorientowany.

„Czemu? Co się dzieje?” Miał na sobie ten przestraszony, nerwowy uśmiech. Jego zęby są nieproporcjonalnie duże do twarzy.

„To niespodzianka.”

Idziemy w stronę samochodu. Zapach skóry i perfum narkotyzuje nas obu. Małe kawałki konfetti, jak przestraszone zwierzęta, uciekające przed kłusownikami pokrywają całą tapicerkę. Wychylają głowy, zastanawiając się dlaczego nie jesteśmy typową parą młodą. Andy kaszle w dłoń, po czym chowa ją do kieszeni, nie chce, żeby się nad nim użalć.

Billy parkuje pod katedrą (ma na to pozwolenie), ludzie myślą, że to ślub, dopóki nas nie ujrzą. Andy przeciąga się, jak motyl uwolniony z kokonu, ale brak mu ciepła. Ogląda się na mokre siedzenie jak niegrzeczny chłopiec. Obaj unikamy kontaktu wzrokowego z Billym. Zapach ciepłego moczu idzie za Andym niczym cień.

„Poczekam na was.” Billy podpiera się o samochód, zamyka drzwi i wyciąga z tylnej kieszeni schludnie złożoną gazetę. Obok, poryw wiatru uderza w ściany Uniwersytetu Johna Moore’a. Billy walczy z wiatrem, próbuje normalnie poczytać nieposłuszną gazetę.

Andy idzie jak kowboj – jego nogi, już słabe, muszą teraz być w pewnym rozkroku, aby mokre spodnie nie drażniły jego (cienkiej jak bibuła) skóry.

Pochyłość drogi prowadzącej do Saint Jamesa jest zbyt stroma dla Andy’ego. Idę pierwszy, on opiera się na mnie i przemieszczamy się w tym niestosownym tańcu. Rząd nagrobków stanowi wąskie przejście, jeden szczególny przyciąga moją uwagę. Widać na nim przejmująco długą listę dzieci, które umarły w szpitalu Bluecoast.

„Ty to potrafisz pocieszać, Mikey.” Chciałem podkreślić wiek dzieci z nagrobka, ale Andy jest zbyt zajęty rozkazywaniem swoim nogom, by robiły to, do czego służą.

Zatrzymawszy się przy ścianie, aby ci z tyłu mogli przejść, Andy sprawdza palcami miejsce za uszami.

„Są jak piłeczki do golfa.”
„Co jest jak piłeczki do golfa?”
„Te skurwiele za moimi uszami.”

Próbuje stać prosto opierając się tylko jedną ręką. Drugą kieruje moje palce za swoje uszy.

„Przesadzasz Andy. Są wielkości szklanych kuleczek do gry.” Ale on zna ten żart i obaj dobrze wiemy, że jego węzły chłonne są do niczego. Jego skóra, która kiedyś wzbudzała tyle namiętności, wprawia mnie w obrzydzenie. Wycieram rękę w koszulę, czuje, że muszę sprawdzić swoje węzły; wydają się w porządku, ale chciałbym dotknąć zdrowego człowieka, dla lepszego porównania. Andy próbuje stanąć w pionie. Uderza ręką biedne dzieciaki ze szpitala Bluecoas. Mozolne oddychanie i niepewne szuranie stóp Andy’ego wraca do nas echem.

Przechodzimy przez jakieś piaskowe sklepienie.

Andy ani razu nie pyta po co tu przyszliśmy. Jego zmęczenie przyprawia go o pewien spokój ducha, całkowite zaufanie dla tego, kto prowadzi. Znów jest dzieckiem, które uśmiecha się i robi dokładnie to, o co jest proszone.

Upadamy w pozycję siedzącą, tuż obok źródła. Ludzie wokół nas rozpraszają się, myślą, że jesteśmy pijani. Uśmiecham się, ale to tylko pogarsza sytuację.

Przed nami stoi monstrum katedry. Z odległości elegancka, majestatyczna zgarbiona z wielką głową, lecz z bliska grozi, że się zawali i zmiażdży tę malutką ilość życia, jaka w nas obu została.

„Zdrowa osoba ma sześćset limfocytów T”

„Andy przestaniesz wreszcie…” Ale on rozmawia z jakąś wewnętrzną postacią, która mówi mu to co chce usłyszeć. Jakoś wiem, że jest odciągany od rzeczywistości, może przez jedno z tych dzieci, które dotknął wcześniej na nagrobku.

Plastikowy kubek, wyjęty z mojej kieszeni entuzjastycznie odgniata się i wraca do poprzedniego kształtu, ale mijają wieki zanim kubek napełni sięmagiczną wodą. Ślizgam się na nagrobku zastępującym bruk i przepraszam za to Mary Richards, która żyła tylko dwa dni, ale Andy naprawdę potrzebuje tej wody, niechętnie wyciekającej z porośniętej mchem szparze w ścianie.

Delikatny powiew z drugiego końca cmentarza swobodnie mija Andy’ego, zajętego konwersowaniem z samym sobą. Czasami porywa liść, albo dwa, by następnie rozprzestrzeniać zapach Andy’ego wody kolońskiej i wymiocin.

Doktor Cuthbert spogląda znad okularów, przejeżdżając myszką i klikając po cyfrowej kopii mnie. „Wygląda na to, że Crixivan na ciebie działa, Michael. Masz go dalej brać.” Chcę mu powiedzieć, że go w ogóle nie biorę. Nie zależy mi odkąd Andy umarł. To mnie załatwiło. Obraz facetów z karetki unoszących go z taką łatwością nad żelazną bramą wejściową do Saint Jamesa, zaszczepił mi się w mózgu. Jak sam mówił, pod koniec niewiele go zostało. Woda z źródła nie smakowała najgorzej. Wypiłem dwa, albo trzy kubki, zanim przyjechał ambulans, ale według mnie zepsułaby dobrą whiskey.

„Przykro mi z powodu twojego…” Zawahał się, niepewny stosunków między mną a Andym.

„Partnera.” Przypominam mu.

Doktor Cuthbert kliknął jeszcze parę razy. „Ja cię! Dobre wieści. Bardzo dobre wieści.” Odwraca się i zdejmuje okulary. Popijam wodę, smakuje słodko trochę nijako, w porównaniu z magiczną wodą. Światło bijące z ekranu komputera powoduje, że doktor wydaje się nierealny, bezkrwisty. „Liczba twoich limfocytów T wzrosła o dwadzieścia pięć. To naprawdę niezwykłe.”